udana podróż moje sposoby na niezapomnianą podróż

Udana podróż – czyli jaka?

Długo się zastanawiałam, o czym mogłabym napisać pierwszy post na bloga, którym z drżącym sercem podzielę się z Wami. Każdy, który przychodził mi do głowy, wydawał mi się z jakiegoś powodu nieodpowiedni na premierowy wpis. W końcu pierwszy podobno musi być najlepszy, bo, jak powiada to stare przysłowie, pierwsze wrażenie jest najważniejsze. Nic więc dziwnego, że gdy to piszę, trochę ściska mnie w gardle. Serio. Wracał do mnie jednak ciągle jeden temat, a że był na tyle uparty, postanowiłam, że opowiem Wam o tym, co dla mnie najważniejsze. O podróżowaniu, rzecz jasna, i o tym, co sprawia, że jest ono tak pasjonujące. Czym więc charakteryzuje się udana podróż?

udana podróż moje sposoby na niezapomnianą podróż

Pisząc kilka słów na swój temat, uchyliłam Wam rąbka tajemnicy, że słowo „podróż” rozumiem bardzo szeroko. Nie jest to jednak tylko jakieś tam słowo i definicja nie sprowadza się wyłącznie do stwierdzenia, że podróżować można zawsze i wszędzie, nawet nie ruszając się z domu. W końcu od czego mamy wyobraźnię, prawda? Podróżowanie traktuję trochę jak styl życia, co sprawia, że mam z tego życia niesamowicie dużo frajdy, a mój apetyt na kolejne doświadczenia cały czas tylko rośnie.

Pewnie teraz zadajecie sobie pytanie, czy naprawdę zawsze podróż to dla mnie sama przyjemność i jaki jest sposób na to, żeby tak było. Nie twierdzę, że moje wyjazdy były zawsze udane albo że nigdy w trakcie jakiegoś z nich nie przydarzyło mi się nic przykrego. Oczywiście, że miałam swoje wzloty i upadki, a także doświadczyłam rozczarowań. Nie da się przed tym uciec. Ważne jest jednak, jaką lekcję z tego wyciągniesz. Tak więc doświadczałam, przeżywałam, dumałam i doszłam do wniosku, że już wiem, z czego składa się udana podróż. A teraz podzielę się tym z Wami!

8 sposobów na udaną podróż

1. Mam wybór. Podróżuję, bo chcę, a nie dlatego, że coś mnie do tego zmusza, np. praca z częstymi delegacjami. To bardzo ważne, bo każdy przymus odbiera przynajmniej część przyjemności z wyjazdu. I w dodatku wynika z tego drugi punkt, równie istotny.

2. Sama mogę podjąć decyzję, jak moja podróż ma wyglądać. Mogę ustalić każdy jej szczegół, począwszy od terminu, kierunku i towarzystwa (bądź jego braku), przez czas jej trwania i co będę wtedy robić, aż po to, co ciekawego z niej wyniosę.

3. Podróżować można wszędzie. Dlatego jeśli nie masz akurat ochoty na pakowanie walizki, zawsze możesz obejrzeć jakiś film. Albo iść na wystawę lub warsztaty międzykulturowe, poczytać książkę, spotkać się z przyjaciółmi… Są tysiące możliwości podróżowania! To nie tylko bieganie z aparatem w ręku po wszystkich zabytkach świata. To także rozmowa i otwarcie się na inność drugiego człowieka. Spróbujcie, naprawdę warto! Efekty czasem mogą przejść Wasze oczekiwania.

4. Podróżowanie na własną rękę. Uważam, że to milion razy ciekawsze niż podążanie za z góry ustalonym planem przygotowanym przez kogoś innego. Jestem przeciwniczką wszelkiego rodzaju wypadów zorganizowanych, które zabierają nieproporcjonalnie dużo pieniędzy w stosunku do efektów. Wiele razy przekonałam się, że wycieczki z biur podróży to bardziej udręka niż przyjemność, nawet jeśli da się z nich trochę tej drugiej wycisnąć. Zwłaszcza dla kogoś, kto lubi poczuć miejsce, w którym się znajduje, a nie musieć zaraz biec do kolejnej gotyckiej katedry. Lubię sobie postać dwie godziny przed jednym obrazem (poważnie!), pospacerować, rozsiąść się w kawiarni, poobserwować ludzi. Dlatego nie przekonują mnie dwie godziny czasu wolnego i żadnego spóźniania, bo autokar czeka. Podróżuje się dla przeżywania, a nie odhaczenia na mapie, w ilu to już krajach byliśmy.

5. Dzielenie się emocjami. Nigdy nie podróżowałam solo, nawet do kina i innych instytucji kultury rzadko chodzę sama, a to dlatego, że mam ogromną potrzebę wymiany myśli i uczuć z drugą osobą. W moim przypadku najczęściej jest nią mój Narzeczony, czasem nasi przyjaciele lub bliscy znajomi, z którymi spotykamy się np. na festiwalu filmowym. Takie dzielenie się emocjami i wspólne przeżywanie niesamowicie ubogaca. Polecam!

6. Jedzenie! Podróże kulinarne to jedna z najprzyjemniejszych rzeczy na świecie i zostanie im poświęcona osobna sekcja autorstwa mojego Narzeczonego. Potrawy charakterystyczne dla danego kraju (zwłaszcza jednego z tych, które znane są ze świetnej kuchni) to zawsze obowiązkowy punkt programu. Udana podróż bez tego nie wchodzi w grę. Naprawdę warto dowiedzieć się wcześniej, co w odwiedzanym miejscu warto zjeść (i gdzie) i nie żałować pieniędzy (oczywiście nie chodzi mi o wydawanie astronomicznych kwot w superluksusowych restauracjach), by potem długo wspominać smak i zapach tego, co się zjadło.

Nie zawsze też trzeba od razu jechać zagranicę, bo w wielu miastach spotkacie knajpki, które serwują potrawy z różnych krajów. I nie chodzi mi oczywiście o pizzerie na każdym rogu (serwowane tam pizze nie mają nic wspólnego z prawdziwą włoską pizzą jedzoną we Włoszech). Czasem są to miejsca prowadzone przez cudzoziemców lub takie, gdzie cudzoziemcami są kucharze – krótko mówiąc, da się znaleźć autentyczną zagraniczną kuchnię w swoim mieście. Polecam też ugotowanie czegoś samemu i/albo zapisanie się na międzykulturowe kulinarne warsztaty.

7. Fotografowanie. Jestem dość sentymentalną osobą i lubię wspominać miłe chwile, mam też w sobie coś ze zbieracza, więc chcę te miłe chwile zatrzymać. Uwieczniam je na zdjęciach, żeby potem niektóre oprawić w ramkę i mieć ze sobą na co dzień, a do tych schowanych na komputerze wracać co jakiś czas. I znów ruszać w podróż, tym razem przemierzając odwiedzone już miejsca i przypominając sobie różne wydarzenia z tamtego czasu. Dlatego nie musicie mieć wypasionego sprzętu i znać się na wszystkich pokrętełkach w aparacie, czasem wystarczy tryb auto albo smartfon. Udana podróż gwarantowana. I jeszcze ile rzeczy potem do pokazania rodzinie lub znajomym!

8. Zwiedzanie bez mapy albo bez konkretnego planu. Wiem, że czasem ciężko się oprzeć pokusie zobaczenia wszystkich zabytków, które polecają przewodniki National Geographic albo Itaki, zwłaszcza będąc gdzieś pierwszy raz. Gdy jednak zejdziecie z utartych turystycznych ścieżek, również tych restauracyjnych, ukaże Wam się prawdziwa twarz miejsca, do którego przyjechaliście. Mówiący wszystkimi językami świata tłum trochę się przerzedzi, a w knajpce, do której zajrzycie na obiad, będą sami lokalsi. Nie przespacerujecie się może wśród ruin Forum Romanu czy obrazów w Luwrze, ale za to poczujecie klimat małych urokliwych uliczek. Poobserwujcie mieszkańców, może z którymś z nich porozmawiacie przez chwilę. Włóczenie się po miastach i mieścinkach to coś wspaniałego! Nie chodźcie z mapą, a jeśli już koniecznie musicie ją mieć, żeby wiedzieć, jak wrócić do miejsca noclegu, nie planujcie chociaż od rana do wieczora każdego dnia. Dajcie się ponieść chwili!

udana podróż przygoda moje sposoby na niezapomnianą podróż

To właśnie znaczy według mnie udana podróż. Oczywiście nie oznacza to, że jeżeli podróżujecie w pojedynkę, zawsze z mapą i planem na każdy dzień, to Wasze wyjazdy okażą się porażką. Albo że nawet będąc na zagranicznej delegacji nie można czerpać przyjemności z miejsca, do którego człowiek zawitał (można, sprawdziłam). Chodzi mi o to, że w moim przypadku tych osiem sposobów zawsze przełoży się na wspaniałe doświadczenia. A doświadczać inności drugiego człowieka bądź obcej kultury lubię najbardziej.

Jakie są Wasze sposoby na to, żeby móc potem powiedzieć „To była naprawdę udana podróż!”?

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

  • S.

    Ja tam się nie zgodzę co do jednego. Chodzenie z mapą jest super. Pod warunkiem, że to papierowa mapa, a nie GPS 😉 Z każdego miejsca przywożę sobie jedną kupioną na miejscu. Można pisać traktaty o lokalnej mentalności, studiując mapy: nazewnictwo ulic, próbka języka (i pisma), listy ważnych miejsc oczami miejscowych (w Barcelonie znalazłam fenomenalne Muzeum Muzyki dzięki lokalnej mapie, w polskich przewodnikach nie było oznaczone; albo szpital o zabytkowej architekturze), konwencja odwzorowania (chodzenie według włoskich map to wyzwanie nie lada!)… Śledząc mapę w czasie przechadzki, samodzielnie wybierając trasę, lepiej zapamiętujesz układ przestrzenny miasta.

    • Monika Pomijan

      Wow, dzięki wielkie za tak rozległy komentarz! Twój punkt widzenia jest bardzo ciekawy 🙂 Zawsze traktowałam mapę jako narzędzie do znalezienia drogi do celu i nic więcej. Wypróbuję jednak Twój sposób korzystania z niej 🙂 I będę się rozglądać za lokalnymi perełkami! Kto wie, może też zacznę je kolekcjonować?

      • S.

        Zawsze byłam mapowym freakiem 😉 W Turcji szukaliśmy ruin miast, kombinując trzy mapy na raz. Jedna miała zaznaczone ruiny, ale była niedokładna i zbyt ogólna, druga była przestarzała, a trzecia obejmowała tylko kawałek interesującego nas regionu. Ubaw po pachy i znalezienie końca świata gwarantowane 😀

        • A znaleźliście te ruiny? 😀

          • S.

            Różnie to bywało. Zdarzały się chwile triumfu, gdy po godzinach pałętania się po Taurosie przed naszymi oczami z nienacka wyrastał rzymski teatr, albo gdy jechaliśmy dosłownie przez środek miasta, mając świątynię Augusta po lewej, a bouleuterion po prawej. Czasem trzeba było przejechać przez dwutysiącletni wąziutki mostek nad przepaścią. Czasem znajdowaliśmy osła na środku drogi, a czasem tylko się umęczyliśmy poszukiwaniami. A jednak to właśnie wtedy w jednym z najbardziej zadupiastych miejsc, do jakich w życiu trafiłam, miałam okazję zobaczyć najbardziej zapierający dech w piersiach widok. Niby nic. Ot, górki, pagórki, pastwiska i wioseczki… Ale było w tym miejscu coś niesamowitego. Jakby majestat bezczasu z dobrotliwym uśmiechem odnalezionej Arkadii.

          • Takie niespodzianki „zza rogu”, których człowiek się w ogóle nie spodziewa, są najlepsze! Uwielbiam to uczucie 🙂

  • Dobrze to wszystko ujęłaś! Bardzo fajny post, pozdrawiam

    • Monika Pomijan

      Bardzo się cieszę i dziękuję! 🙂