na targu w Maroku

Wizyta na marokańskim targu

Na wstępie muszę się Wam do czegoś przyznać. Nigdy nie byłam zakupoholiczką, a wycieczki do centrów handlowych nie są dla mnie synonimem przyjemności. Tłumy głośnych i przepychających się wszędzie ludzi, nadmiar słabej jakości produktów, gorąc… nie, dziękuję. Wolę zamówić przez Internet. Zdecydowanie wolę bardziej kameralne miejsca w stylu antykwariatów, ale niestety ciucholandy do takich spokojnych oaz nie należą. Przynajmniej w Polsce, bo np. we Włoszech jest zupełnie inaczej. W każdym razie nigdy nie przypuszczałam, że to, czego na co dzień szczerze nie znoszę, sprawi, że tak dobrze się poczuję na… marokańskim targu.

I znów muszę się Wam do czegoś przyznać. Pierwsze moje spotkanie z sukiem (marokański targ) nie należało do najprzyjemniejszych. Suki znajdują się w każdej medynie (o medynach napiszę więcej w kolejnym wpisie) i są jednym z elementów, które decydują o jej wyjątkowym charakterze. Wyobraźcie sobie więc dziesiątki (a nawet tysiące jak w przypadku Fezu, który ma największy obszar miejski bez samochodów na świecie) wąskich, krętych ulic, pełnych wysokich budynków, po których rozsiane są kupieckie stoiska. Mienią się kolorami, zachwycają wzorami i kształtami, przyciągają zapachem… Na marokańskim targu można znaleźć w zasadzie wszystko. Są tam warzywa i owoce, duży wybór mięsa, jeszcze większy wybór przypraw i oliwek, przepiękne dywany, imbryczki, szklanki, ceramika, wybory skórzane… Mogłabym tak wymieniać bez końca.

Oczywiście jest tam jeszcze jedna charakterystyczna rzeczy – tłumy ludzi. Czasem nawet wręcz rzeki ludzi! Poważnie, doświadczyliśmy ściśnięcia w takiej ciżbie i płynięcia wraz z jej prądem w Rabacie. Czuliśmy się jak sardynki w puszce i normalnie chciałabym czym prędzej z takiego miejsca uciec, ale w Maroku zmieniła mi się perspektywa patrzenia. Po tym, jak się już przyzwyczaiłam do tego, że na targach jest dużo ludzi, sprzedawcy ciągle krzyczą i zaczepiają cię, bo jesteś turystą, włóczenie się po sukach zaczęło sprawiać mi ogromną radość. A raczej przyglądanie się tym wszystkim pięknym rzeczom, które natychmiast bym kupiła, gdybyśmy mieli wystarczająco pieniędzy. Niestety jako że nasz wyjazd był dość spontaniczny i trochę lekkomyślny, to wróciłam z Maroka tylko ze zielonym, ręcznie robionym, skórzanym portfelem i… dwoma magnesami. Trochę wstyd, wiem. Dlatego obiecałam sobie wrócić prędko do Maroka z większym budżetem i większym bagażem.

PS. Ciekawym doświadczeniem było przespacerowanie się handlowymi uliczkami medyny w Fezie w piątek (święty dzień dla muzułmanów), które były… puste. Praktycznie wszystkie stoiska były pozamykane, co robiło niezły kontrast do tłoku i gwaru, jaki spotkaliśmy tam dzień wcześniej. Dopiero na wieczór część się otworzyła, ale wrażenie niecodziennej przestrzeni i ciszy pozostało. Myślę, że nigdy go nie zapomnę.

Follow my blog with Bloglovin

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

  • Katarzyna Wójcik Respendowicz

    Jakie to wszystko piękne! Czuje te cudowne egzotyczne zapachy:)

    • Bardzo się cieszę i dziękuję! A to jeszcze nie koniec wpisów o Maroku, będzie co smakować 🙂

  • Jejku, zazdroszczę! A ja właśnie uwielbiam takie miejsca! Za ten zgiełk, za ten gwar, za tych sprzedawców i niezwykłą ilość towarów! Normalnie umarłabym tam ze szczęścia! 🙂 Najbardziej urzekła mnie fotka z pomarańczami sprzedawanymi razem z liśćmi <3

    • To zdecydowanie dobrze czułabyś się na marokańskim targu 🙂 Zazwyczaj nie lubię takich klimatów, ale tam, po przełamaniu bariery, poczułam się naprawdę wspaniale. A przede wszystkim naprawdę nie mogłam przestać gapić się z rozdziawioną gębą na te wszystkie piękne rzeczy 😀 Polecam wycieczkę to Maroka! Pomarańcze mają przepyszne, nie tylko z wyglądu 🙂

  • Dominika Leśnikowska

    arabskie klimaty to coś dla mnie! po przeczytaniu tego wpisu aż chce się tam jechać! 🙂

    • Cieszę się i polecam się na przyszłość 🙂 Będzie jeszcze co nieco do poczytania o Maroku.

  • Jejku, co za fantastyczne zdjecia! Az chce sie pakować plecak i czym predzej tam jechać.

    • Bardzo dziękuję i bardzo się cieszę, że Ci się podobają! Fotografowanie sprawia mi niesamowitą frajdę 🙂

  • Marta

    Jak patrzę na te przyprawy to aż chce mi się gotować!

    • Też tak miałam! W dodatku bardzo żałuję, że nie przywiozłam stamtąd naczynia do tadżinu (tradycyjne ichniejsze danie – o kuchni też będzie wpis :)).

  • S.

    Hi, hi… Moim znajomi z Izraela nazywają to „Mediterranean state of mind”. Czyli zgiełk, hałas, gorąc, przekrzykiwanie się, feeria barw i zapachów. Widziałam podobne targi w wielu miejscach, na przykład w… Skopje 🙂
    I to targowanie się! Ta sztuka dla sztuki! Pogawędki przy herbacie i to autentyczne zaangażowanie sprzedającego. Słyszałam opowieść o facecie, który w Libii bodajże targował się o dywan. Zaczynał rano od trzydziestu dolarów, w południe było już dziesięć, po południu dwa, a wieczorem dostał go za darmo i do tego prowiant na drogę. To zupełnie inny klimat niż galerie handlowe, w których czekają na Ciebie wygłodniałe harpie, które tylko czyhają na Twoje pieniądze, bo jak ich nie wydrą klientowi, to zginą śmiercią dziesięciu tysięcy krzyków w czeluściach korporacji.

    • Podoba mi się ta nazwa, wiele mówi o kulturach tego obszaru geograficznego 🙂 Z miłą chęcią będę porównywać doświadczenia z targów w różnych krajach.
      Targowanie się nie jest wcale takie łatwe, bo to też wcale nie jest tak, że każdy marokański sprzedawca tylko czeka, aż się zaczniesz targować i jest cały wniebowzięty wtedy. Spotkaliśmy też takich, którzy w ogóle nie chcieli się targować, a wręcz byli nieuprzejmi, gdy próbowaliśmy 😉 A ta historia z Libii jest autentyczna? Bo brzmi jak z książki 🙂